czwartek, 29 grudnia 2016

Plakat botaniczny DIY

W dzisiejszym poście chciałabym Wam pokazać jak w ekspresowy sposób zmienić wygląd swojej ściany. Mój pomysł nie jest szczególnie innowacyjny, ale często właśnie na takie najtrudniej wpaść - wiem co mówię, sama przez kilka miesięcy poszukiwałam motywów botanicznych na swoją ścianę, jednak te, które mi się podobały, przekraczały możliwości mojego portfela. Olśniło mnie dopiero gdy już chciałam odpuścić.

czwartek, 17 listopada 2016

Fasolowe brownie

Od kilku już lat popularne, a nawet modne, są przepisy na "zdrowsze" wersje znanych słodkości, z wykorzystaniem nieoczywistych składników. Wśród moich znajomych ciasto marchewkowe nie wywołuje już najmniejszego zdziwienia, a nawet najwięksi sceptycy, z moim tatą włącznie, teraz ze smakiem zajadają się zielonym tortem szpinakowym, czy też czekoladowym ciastem buraczanym, kiedy zabieram ich do kawiarni serwujących takowe. Mimo to, kiedy sama podejmuję się pieczenia, wybieram raczej tradycyjne przepisy, pełne białej mąki i margaryny.

środa, 19 października 2016

Spadające gwiazdy, czyli "Po co to kupiłam" #2

Dzisiejszy post miał trafić na bloga dwa miesiące temu, ale zamiast tego ja trafiłam ze skurczami do szpitala, a później się zaczęło: przewijanie, karmienie, przewijanie, tulenie, karmienie, przewijanie, ... . Nie żebym narzekała, tak tylko chciałam wytłumaczyć tę długą ciszę panującą na blogu. Ale już, już się prawie ogarnęłam, więc jest szansa, że będzie mnie tu trochę więcej i częściej :)

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Ale, tak właściwie, to "Po co to kupiłam?!"



Myślę, że Patronką dzisiejszego wpisu śmiało mogę nazwać Joankę-z, ponieważ to właśnie organizowana przez nią akcja dodała mi sił na ostatniej prostej, kiedy brzuch jest już tak duży, że prawie zasłania mi maszynę, a nogi tak spuchnięte, że ledwo czuję pedał pod stopami... .

środa, 20 lipca 2016

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma ...


... czyli pierwsze spotkanie z niemiecką Służbą Zdrowia


Mówi się, że ciąża i w konsekwencji pojawienie się nowego członka rodziny przewracają życie najbliższych maleństwa do góry nogami. Poza oczywistym przeorganizowaniem przestrzeni domowej tak, aby znalazło się w niej miejsce dla noworodka i potrzebnych mu akcesoriów, trzeba również przeorganizować swoje myślenie: otóż od tej chwili to już nie jestem tylko JA, ale jest jeszcze ta mała Fasolka, która rośnie we mnie, i za którą jestem odpowiedzialna od teraz przez ... najbliższych kilkanaście, kilkadziesiąt lat!
Gdy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży, oczywistym wydało mi się że w takim momencie rodzina powinna być w komplecie. Z racji tego, że mąż pracuje w Niemczech, podjęliśmy decyzję, że moja przeprowadzka do niego będzie najbardziej rozsądnym rozwiązaniem. I gdy minął już pierwszy szok, nagle ta decyzja, do podjęcia której namawiał mnie od dawna, wydała się taka prosta. Dałam sobie 4 miesiące aby na spokojnie zamknąć wszystkie sprawy w Polsce, dokończyć pracę i  przygotować się do wyjazdu. Dużo w tym czasie czytałam na temat niemieckich realiów, tutejszej służby zdrowia oraz opieki okołoporodowej, i mimo że porodówki zarówno polskie, jak i niemieckie znane mi są do tej pory wyłącznie z internetowych forów i opowiadań znajomych, niezaprzeczalnym faktem jest że te niemieckie wypadają zdecydowanie lepiej.


A jakie są moje prywatne odczucia?


Do porodu został mi miesiąc, więc już powoli zaczynam się do niego przygotowywać. Trochę czasu zajęło mi znalezienie ginekologa. Ponieważ nie opanowałam jeszcze na tyle języka, żeby swobodnie się porozumiewać, bardzo zależało mi na tym, aby ciążę prowadzić u lekarza z Polski. Miałam do wyboru kilku, zdecydowałam się dojeżdżać 30 km do doktor, która miała najlepsze opinie. I nie żałuję. Pierwszy raz pozytywnie zaskoczona byłam już podczas rejestracji: termin wizyty w ramach ubezpieczenia został ustalony już po 5 dniach! W Polsce, aby dostać się do mojej lekarki w ramach NFZ musiałam rezerwować wizytę minimum 1,5 m-ca wcześniej, a i to nie wróżyło sukcesu, gdyż często albo terminy nie były jeszcze wyznaczone, albo jak już udało się dodzwonić wszystkie terminy były zajęte. Tak więc przez większość ciąży mimo ważnego ubezpieczenia musiałam opłacać wizyty prywatne.
Moja pierwsza wizyta trwała prawie 2 godz. Doktor bardzo skrupulatnie przejrzała moją kartę ciąży, wykonała wszystkie potrzebne badania. Zaskoczyło mnie, że w standardzie jest wykonywanie USG trójwymiarowego podczas wizyty. Od razu na wizycie został również pobrany wymaz, który doktor oceniła pod mikroskopem. Pobrano mi również krew i mocz do analizy, nie musiałam być na czczo, nie musiałam pamiętać o zakupie specjalnych pojemniczków w aptece, wszystko na miejscu. Na koniec wizyty zaprowadzono mnie do bardzo przytulnego pokoju, usadzono w wygodnym fotelu i przez 20 min owinięta pasami słuchałam serducha mojego dziecka :) Badanie KTG jest standardem od 30 tygodnia ciąży.
Cała moja wizyta w Klinice przebiegała w bardzo przyjemnej atmosferze, personel był życzliwy, mimo bariery językowej Panie z recepcji starały się jak mogły bym czuła się komfortowo. Jednak zdziwił mnie fakt, że Panie z recepcji są jednocześnie pielęgniarkami i asystentkami lekarzy, co odkryłam przy próbie pobrania mi krwi. I tutaj ukłony w stronę polskich Pielęgniarek - robicie to najlepiej!!! Niestety pobieranie krwi, mimo iż i tak jest bardzo nieprzyjemnym zabiegiem, w wykonaniu niemieckiej Pielęgniarki samo wspomnienie zabiegu przyprawia mnie o dreszcze, a ciężko nie pamiętać kiedy na pamiątkę został mi ogromny siniak... .
Przy wyjściu otrzymałam jeszcze receptę oraz spis położnych z mojego regionu. W aptece po odebraniu leku okazało się, że nic nie płacę. Jak później wyczytałam, większość recept wypisanych na kobiety w ciąży objęta jest 100% refundacją!!! Jak sobie przypomnę ile pieniędzy wydałam w Polsce na zalecane suplementy i inne leki... .


Ale co z tą położną?


Po powrocie do domu przejrzałam ulotkę którą dostałam od lekarza i pozaznaczałam wszystkie polskie położne. Następnego dnia rozpoczęłam swoje poszukiwania, wszak czasu pozostało mi niewiele. Kilka pierwszych, zajętych pracą, nie odebrało mojego telefonu. Tym sposobem trafiłam na Panią X - Położną z 35-letnim stażem, od 20 lat mieszkającą w Niemczech. Umówiłyśmy się na spotkanie zapoznawcze za 2 dni. I tutaj zaczęły się pierwsze schody... . Pani X na umówione spotkanie spóźniła się ... 5 godzin. Co prawda po godzinie spóźnienia napisała smsa że przyjdzie później, ale terminu i tak nie dotrzymała. Kiedy w końcu dotarła, przez chwilę nawet było miło. Aż przeszłyśmy do wyboru miejsca w którym chciałabym rodzić. Okazało się, że Pani X jest właścicielką Domu Narodzin, więc oczywistym dla niej było, że zdecyduję się rodzić u niej, bądź też wybiorę poród domowy, oczywiście z jej asystą. Natarczywe wmawianie mi, że to jedyna słuszna opcja, przeplatało się z użalaniem nad tym, jakie Pani X ponosi koszta prowadzenia swojej działalności i jak ciężko zarobić te pieniądze. Jeśli zdecydowałabym się na poród u niej bądź w domu, to muszę pokryć koszta jej czuwania pod telefonem do momentu porodu, następnie koszta eksploatacyjne, jak na przykład woda gdybym chciała rodzić w wannie (?!), łącznie 650 euro! Tutaj już zaświeciła mi się czerwona lampka, bo zaczęłam się zastanawiać za co w takim razie płaci ubezpieczalnia. Wytłumaczyłam Pani X, że jest to dla mnie propozycja nie do przyjęcia zarówno ze względów finansowych, jak i dlatego że jest to mój pierwszy poród i będę się czuła lepiej jeśli będę miała większe wsparcie. I nie myślę tu o sobie, bo jeśli chodzi o sam poród to wiem, że po prostu muszę to przetrwać, i zdaję sobie sprawę że tutaj położne odgrywają najważniejszą rolę, ale o to Maleństwo, które w razie jakichkolwiek powikłań będzie potrzebowało natychmiastowej pomocy, więc nie można tracić czasu na dojazd do szpitala. W tym momencie dowiedziałam się jak straszny błąd popełniam, że wyborem tym niszczę więź między mną a moim dzieckiem, bo szpital odbiera szansę na jej wytworzenie, gdyż tam jestem tylko numerkiem, który trzeba szybko odprawić, bo czekają następne, więc będę rodzić w stresie, co się odbije na psychice mojego dziecka i zdeterminuje je na zawsze ... . Jednocześnie Pani X zaczęła proponować, że podaną sumę może rozłożyć nam na raty, a koszty eksploatacyjne ograniczy do minimum, bylebym tylko rodziła u niej, bo to jedyna szansa na normalne życie dla mojego dziecka i dla mnie, kiedy już będzie po wszystkim. Temat zostawiła otwarty, obiecałam przemyśleć go do kolejnej wizyty, która miała się odbyć po dwóch dniach.
Po jej wyjściu mąż od razu wyszedł na papierosa, a ja pierwszy raz od początku ciąży miałam ochotę zaciągnąć się razem z nim... . Dawno nie czułam się tak bezczelnie naciągana. Nie mogłam uwierzyć w to, co się przed chwilą odbyło w moim domu. Jednak oboje stwierdziliśmy, że jest już dość późno żeby szukać kogoś nowego, więc musimy pozostać przy Pani X, ale przy kolejnej wizycie dać jej do zrozumienia, że wybór padł na szpital, i to nasza ostateczna decyzja.
Sprawa rozwiązała się sama, gdy po dwóch dniach po raz kolejny oczekiwałam jej przyjścia. Po godzinie oczekiwania postanowiłam wysłać smsa z pytaniem, czy nasze spotkanie jest aktualne. Pani X odpisała, że już jest w drodze. Po kolejnych 4 godzinach postanowiłam przynajmniej poradzić się telefonicznie innej położnej, co powinnam w takiej sytuacji zrobić. Przede wszystkim chciałam się dowiedzieć, czy nie jest za późno na zmianę. Czego się dowiedziałam?
- zmiany mogę dokonać w każdym momencie, to ja mam się czuć komfortowo
- przy pierwszym dziecku rodzenie poza szpitalem jest wręcz odradzane przez inne położne
- porody zarówno domowe, jak i te w domach narodzin, są w Niemczech w 100% refundowane, nie trzeba pokrywać żadnych dodatkowych kosztów, a Pani X znana jest z naciągania Pacjentek, po czym często i tak kieruje porody do szpitala bądź po prostu nie można się do niej dodzwonić
Położna, do której zgłosiłam się po poradę początkowo nie chciała się mną zając, gdyż ma już komplet pacjentek, jednak gdy usłyszała na kogo trafiłam zlitowała się nad moim losem. Dzisiaj spotkałyśmy się po raz pierwszy, ale to już będzie temat na kolejny wpis, mówiący o tym, jak powinno wyglądać spotkanie z położną ;)

Co się stało z Panią X?

Po rozmowie telefonicznej z moją nową Położną napisałam jej smsa, że już nie mam siły dłużej czekać, i żeby się nie fatygowała więcej do mnie. W tym samym czasie otrzymałam od niej wiadomość, że jednak dzisiaj nie dojedzie, i że możemy umówić się za 2 dni... . Wytłumaczyłam, że znalazłam już kogoś kompetentnego na jej miejsce, więc dziękuję bardzo za jej dotychczasową pomoc. Na tym nasz kontakt się urwał, choć nie ukrywam że żałuję że nie napisałam jej wprost, że z oszustkami nie chcę mieć nic wspólnego. Nic dziwnego, że Polacy za granicą mają nienajlepszą opinię, skoro przedstawicielka zawodu utożsamianego z zaufaniem zachowuje się w tak skandaliczny sposób. Na szczęście po dzisiejszym spotkaniu z moją nową Położną mam 100% pewność, że tym razem trafiłam dobrze, a o Pani X chciałabym jak najszybciej zapomnieć!!!

czwartek, 23 czerwca 2016

by insomnia ...


Bezsenność. Według różnych źródeł dotyka od 70 do 90% kobiet w trzecim trymestrze ciąży. Czyż nie jest to paradoks, iż w okresie w którym odpoczynek jest nam potrzebny najbardziej w ciągu tych 40 tygodni, przespanie całej nocy nie jest wcale oczywiste?! 
Przypadłość ta, nie tylko u kobiet ciężarnych, wiąże się nierozerwalnie z natłokiem mniej lub bardziej absurdalnych myśli; z jednej strony  powracają rady wszystkich troskliwych i bardziej doświadczonych, którzy głaszcząc Cię po brzuchu sugerują "wyspanie się na zapas" bo "jak pojawi się dziecko swoje potrzeby będziesz musiała odłożyć na bok!" ( serio?! a ja myślałam, że niezaspokojona mama to nieszczęśliwe dziecko! - ale to już temat na inny wpis). A z drugiej strony właśnie teraz czujesz, że możesz wszystko: że jak zmiany - to na całego,  że jak tylko nadejdzie poranek to zaczniesz nowe życie, w którym wszystko będzie poukładane, wszystkie odłożone na nieokreślone "później" plany i marzenia zostaną zrealizowane!!!
A później nadchodzi poranek i ... 


... i następuje brutalna konfrontacja z rzeczywistością ... . Gdzieś z daleka echem odbija się jeszcze ten głos, który w nocy tak bardzo w Ciebie wierzył, jednak budzący się do życia dzień skutecznie go zagłusza. Przebicie w tym szumie odnajduje tylko głos rozsądku, który podpowiada, by wyspać się na zapas, bo gdy pojawi się dziecko ...  ( w końcu "matka" to synonim poświęcenia! ). Po chwili wahania wyłączasz w końcu budzik, przerzucasz brzuch na drugą stronę i spokojnie zasypiasz - to takie proste!!!