czwartek, 16 lutego 2017

DE side of life #1 - Poród w Niemczech


O tym, jak wiadomość że zostanę mamą wpłynęła na podjęcie decyzji o emigracji pisałam już wcześniej w tym poście. Dzisiaj natomiast chciałabym Wam opowiedzieć o samym porodzie. Tych wrażliwszych uspokajam - nie będę wdawała się w szczegóły mojego własnego porodu, bo ani nie chcę, ani tych emocji zwyczajnie nie da się opisać. Nie będę też pisała jak wygląda poród od strony biologicznej, bo żadna ze mnie w tym zakresie specjalistka a internet wręcz kipi od informacji na ten temat. Jednak gdy sama całkiem niedawno przygotowywałam się do wydania na świat mojego syna i przeczesywałam sieć w poszukiwaniu przydatnych informacji moją uwagę przykuły dwie rzeczy: jak wiele kobiet znalazło się w takim samym położeniu jak ja, oraz jak mało jest konkretnych informacji w języku polskim na temat porodów w Niemczech. Dzisiaj więc opowiem Wam jak wyglądają przygotowania do porodu i sam poród w Niemczech od strony formalnej, a postem tym chcę zainaugurować nowy cykl na blogu - DE side of life, w którym będę opowiadała o moich zmaganiach z niemiecką rzeczywistością ( i biurokracją...). Zapraszam Was na pierwszą część cyklu:


Poród w Niemczech

W Niemczech do wyboru są trzy możliwości porodu:
  • poród domowy
  • poród w tzw Domu Narodzin 
  • poród w szpitalu
Jako że sama ostatecznie zdecydowałam się na poród w szpitalu, w tym poście ograniczę się do opisania tej możliwości. Uprzedzam, że do tej pory szpitalna rzeczywistość była mi znana jedynie z opowieści bądź odwiedzin rodziny czy znajomych, nie znajdziecie więc tutaj porównań do polskich szpitali, a jedynie konkretne informacje jak się do takiego porodu przygotować, oraz moją subiektywną opinię :)

A więc od początku:


Wybór szpitala



U mnie zadecydował przypadek. Nie znaczy to, że w dzień porodu pojechałam do pierwszego lepszego szpitala. Szukałam informacji na temat szpitali w moim regionie na różnych forach i wybrałam jeden, który miał najlepsze opinie, jednak gdy pojechaliśmy z mężem aby go obejrzeć na miejscu okazało się, że kilka miesięcy wcześniej zlikwidowano tam porodówkę. Pani w recepcji podała nam adres szpitala, do którego odsyłają Pacjentów, i po obejrzeniu wybór padł właśnie na niego, czego nie żałuję.
Wiele szpitali organizuje tzw Informationsabende - darmowe spotkania w określone dni miesiąca ( informacji o tym kiedy należy szukać na stronie internetowej wybranego szpitala), podczas których można obejrzeć szpital oraz zadać pytania położnej i lekarzowi. A na co moim zdaniem przede wszystkim zwrócić uwagę?

  • odległość od miejsca zamieszkania i możliwości dojazdu - to zrozumieją ci, którym zdarzyło się utknąć w korku na niemieckiej autostradzie, a reszta musi wierzyć na słowo ;) ja do porodu jechałam 2 razy: pierwszy o 8 rano, ale okazało się, że to fałszywy alarm, a drugi raz około godziny 16. Dwa razy wstrzeliłam się idealnie w szczyt komunikacyjny, więc podróż zamiast 20 minut trwała ponad godzinę, i choć urodziłam dopiero po kolejnych kilku godzinach, to sama podróż i tak była koszmarem, warto więc skrócić jej czas do minimum
  • kompleksowość - warto wybrać szpital, w którym jest również oddział dla noworodków, aby w razie ewentualnych powikłań nie tracić cennego czasu na transport dziecka do innego szpitala, a także, jeśli wystąpi konieczność hospitalizacji, aby być blisko dziecka
  • obecność polskojęzycznego personelu - ten wątek przewijał się najczęściej na przeglądanych przeze mnie forach. W większości niemieckich szpitali pracują polskie położne i pielęgniarki, bardzo często można w nich również spotkać polskich lekarzy. Jednak prawda jest taka, że nie masz najmniejszej gwarancji, ani też żadnego wpływu na to, czy ktoś z nich będzie pełnił dyżur, gdy dziecko zechce przyjść na świat. Lepiej nastaw się, że obsługuje Cię niemieckojęzyczny personel, a czas, który chcesz poświęcić na poszukiwanie szpitala z polskimi pracownikami wykorzystaj na naukę podstawowych słówek, które mogą Ci się przydać. A nuż będziesz miała miłą niespodziankę ;) 

Meldunek w szpitalu

Tzw Anmeldung zur Geburt - tutaj możecie zobaczyć przykładowy formularz. Brzmi poważnie, ale to nic skomplikowanego. Jest to formularz dotyczący ogólnego stanu zdrowia, przyjmowanych leków, alergii i przebytych chorób. Można go otrzymać w szpitalu podczas Informationsabende, można go również pobrać ze strony internetowej i po wypełnieniu albo przekazać w odpowiednim miejscu w szpitalu, albo wysłać pocztą. Nie masz obowiązku wcześniejszego "meldunku", ale też wypełnie formularza na spokojnie w domu, z pomocą słownika ;) jest mniej stresujące, niż odpowiadanie na zawarte w nim pytania pomiędzy kolejnymi skurczami.

Jak rodzić?

Wiele kobiet w obawie przed porodem siłami natury decyduje się na cesarskie cięcie. W Niemczech zabieg ten wykonuje się na życzenie Pacjentki i jest on w całości refundowany, jednak przed podjęciem ostatecznej decyzji lekarze na pewno będą Ciebie namawiać na poród naturalny. Ja sama rodziłam naturalnie i uważam, że jeśli nie masz wskazań do cesarki, to nie powinnaś się niczego obawiać. Nie jestem osobą, która upatruje w porodzie mistycznych przeżyć, a wręcz przeciwni - jeszcze zanim doświadczyłam go na własnej skórze wiedziałam, że to cholernie ciężkie zadanie, ale jednak kobieca anatomia jest na to przygotowana, więc nie widzę sensu wykonywania operacji, jaką w rzeczywistości jest cesarskie cięcie. Ale też daleka jestem od oceniania wyborów innych kobiet - to Ty w tej niecodziennej sytuacji masz się czuć możliwie jak najbardziej komfortowo ze swoją decyzją.


Kiedy zjawić się w szpitalu?

To zależy, w jaki sposób zdecydowałaś się wydać na świat swoje dziecko. Jeżeli chcesz rodzić poprzez cesarskie cięcie, wcześniej otrzymasz termin w którym musisz stawić się na zabieg. Natomiast jeśli chcesz rodzić naturalnie to pod tym linkiem znajdziesz oznaki zbliżającego się porodu, a jako osoba już doświadczona mogę Cię zapewnić, że tego nie da się przegapić ;)
Jeżeli minęło już 7 dni od wyznaczonego terminu porodu, powinnaś być pod kontrolą lekarza, który po zbadaniu Ciebie oraz dziecka może zadecydować o konieczności wywołania porodu.

Co zabrać do szpitala?

  • Mutterpass!!!
  • dla Mamy: piżama, wygodne ubrania (w tym stanik i koszula do karmienia), klapki pod prysznic, wygodne buty - kapcie, przybory higieniczne, ręcznik, książka/ krzyżówka/ coś dla zabicia nudy
  • dla dziecka: ubranie na wyjście, fotelik samochodowy!!!
Niemieckie oddziały położnicze zapewniają mamom i dzieciom niezbędne artykuły higieniczne. W toaletach na bieżąco uzupełniane są majtki jednorazowe, podkłady higieniczne i wkładki laktacyjne. W pokojach znajdują się również kąciki do przewijania dziecka, a w nim ubranka na zmianę, pampersy, chusteczki, krem na odparzenia oraz środki do pielęgnacji pępka. Nie ma zwyczaju chodzenia po szpitalu w piżamie, warto więc zabrać ze sobą wygodne ubrania. W razie potrzeby na miejscu znajdują się również laktatory i butelki do karmienia niemowląt.
W pierwszych dniach po porodzie noworodek głównie śpi, więc pomyśl zawczasu o jakiejś rozrywce dla siebie, bo przecież nie będziesz się bez końca w niego wpatrywać ;)


Jedzenie w szpitalu

Swój pobyt w szpitalu wspominam jako wielką, kulinarną ucztę, dlatego tematowi posiłków w szpitalu postanowiłam poświęcić krótki, osobny akapit.
Przede wszystkim warto wiedzieć, że szpitalne kuchnie oferują posiłki dostosowane do indywidualnych preferencji pacjentów, a o ewentualnej diecie ( wegetariańskiej, wegańskiej, bezglutenowej, ... ) wystarczy wspomnieć Pielęgniarce po przybyciu na salę. Jako wegetarianka miałam pewne obawy, jednak zostały one rozwiane już przy pierwszym obiedzie.
Oprócz trzech głównych posiłków ( śniadanie, obiad i kolacja ) w moim szpitalu znajdowała się mała stołówka z której można było korzystać o dowolnej porze, a w niej: termosy z kawą i wodą na herbatę ( ogromny wybór herbat, łącznie z herbatą wspomagającą laktację), mleko, płatki śniadaniowe i kanapki z pieczywa Vasa, na korytarzu natomiast stały skrzynki z wodą mineralną. Oczywiście dowiedziałam się o tym już na miejscu od Pielęgniarki, zaskoczonej zapasami wody stojącej na mojej szafce... .



Wyjście ze szpitala

W przypadku porodu naturalnego można wyjść ze szpitala już po upływie 24 godzin, jednak warto zostać trochę dłużej, ponieważ w trzeciej dobie wykonywane jest obowiązkowe badanie dziecka (U2 ). Jeśli nie zostanie ono wykonane w szpitalu, do 10 dnia po porodzie trzeba odbyć wizytę u pediatry, który to badanie wykona.
W dniu wypisu warto poprosić męża, partnera, albo kogoś kto będzie Ciebie odbierał ze szpitala, aby był wcześniej i pomógł Ci. Pamiętam, że dzień ten rozpoczął się dla nas szybko i był dość intensywny, głównie ze względu na wspomniane badanie, ale też dlatego, że Antoś w końcu odespał trudy związane z pojawieniem się na świecie i dobitnie dawał do zrozumienia, że od teraz on tu rządzi. Tego dnia przeżyłam swój pierwszy kryzys po porodzie: dziecko chciało jeść, ale przystawianie mi jeszcze za dobrze nie wychodziło, więc się denerwowało i płakało; ja sama byłam już strasznie głodna, ale próbując uspokoić dziecko nie miałam szans na zjedzenie śniadania, a gdy sytuacja wydała się opanowana, wezwano nas na badanie, po którym znowu musiałam nakarmić dziecko. Przy kolejnej próbie karmienia płakałam razem z nim... . Na szczęście niedługo po tym pojawił się mój mąż.
Gdy wyniki okazały się w porządku, otrzymaliśmy wypis ze szpitala wraz z zaleceniami i książeczką zdrowia dziecka, w której wyszczególnione są terminy kolejnych badań i szczepień.
W niemieckich szpitalach nie ma zwyczaju wręczania  kwiatów czy innych prezentów przy wyjściu ze szpitala - personel wykonuje swoją pracę, za którą jest odpowiednio nagradzany, nie wprowadzaj ich więc w zakłopotanie.


A gdy już będziesz w domu ...

... to już nic nie będzie takie samo jak wcześniej. Daj sobie czas. I nie bój się prosić o pomoc!


* Wszystkie zdjęcia które zostały wykorzystane w tekście są mojego autorstwa, a ich jakość jest wynikiem mojego ówczesnego stanu, proszę więc o wyrozumiałość ;)


__________________________________________________________________________

DE side of life to cykl w którym krok po kroku opisuję formalności związane z ciążą, porodem, macierzyństwem i życiem w Niemczech. To dużo konkretów okraszonych moją subiektywną opinią.
Jeśli informacje zawarte w poście okazały się dla Ciebie przydatne, będzie mi bardzo miło jeśli poślesz go dalej w świat. 








sobota, 7 stycznia 2017

Żegnaj,stary!

Niewiele ponad rok temu wraz z dźwiękiem budzika rozpoczynał się mój codzienny koszmar. Pomiędzy kolejnymi łykami wypijanej w pośpiechu kawy starałam się oszacować możliwość ucieczki z ówcześnie doświadczanej rzeczywistości, z szefem despotą na czele i pracą, której nie wiadomo kiedy stałam się niewolnikiem. Moją odskocznią były weekendy, które mijały mi głównie na wieczornych wyjściach i porannych bólach głowy, a wspólnie z koleżankami i rosnącymi promilami prześcigałyśmy się w parafrazowaniu słów pamiętnej kampanii społecznej, której bohaterka zdążyła wyjechać do Tokio i Paryża, ale nie zdążyła zostać mamą. Z każdym kolejnym łykiem czułyśmy, że obalamy utrwalany w niej stereotyp, mówiący że posiadanie męża i dzieci jest jedyną formą szczęścia, a nasze ówczesne refleksje  oscylowały raczej wokół potencjalnych wycieczek i mieszkań, na jakie mogłybyśmy sobie pozwolić gdybyśmy nie przelewały tylu pieniędzy w pubach, aniżeli macierzyństwa.
I pewnie dzisiejszy wieczór upływałby mi w podobnej atmosferze, gdyby nie pewien splot wydarzeń, zapoczątkowanych już pod koniec 2015 roku. Dalej dość enigmatycznie, ale już coraz bliżej sedna: dzisiaj będzie o tym, że miniony rok był przełomowy w moim życiu i zupełnie inny od poprzedzających go lat, obfitujący w ważne wydarzenia i poważne decyzje, przez które moje życie przewróciło się do góry nogami a priorytety uległy przewartościowaniu. Choć nie należę raczej do osób sentymentalnych, myślę że należy mu się krótkie podsumowanie. Tak więc po kolei:



Zostałam mamą - Mamą Nieplanowaną

Nie będę Wam ściemniać - wynik testu ciążowego był dla mnie niemałym zaskoczeniem, i do tej pory nie wiem jak w tym natłoku myśli po ujrzeniu dwóch kresek udało mi się jeszcze tego samego dnia umówić wizytę u ginekologa. Z gabinetu wyszłam zalana łzami, a na pytanie lekarza, czy płaczę ze szczęścia czy z nieszczęścia zdobyłam się tylko na krótkie "nie wiem". I wtedy na serio jeszcze nie wiedziałam... .
To nie tak, że nie chciałam mieć dziecka. Po prostu powtarzana przez lata diagnoza, że bez odpowiedniego leczenia nie mam szans na zajście w ciążę utwierdziła mnie w przekonaniu, że macierzyństwo nie jest mi pisane. Zdążyłam już zapełnić to miejsce w moim życiu, w którym powinno znajdować się dziecko, więc na świadomą decyzję o podjęciu leczenia moment nigdy nie był odpowiedni, bo ta wiązała się z wielkimi zmianami i wyrzeczeniami. A ja się bardzo dobrze odnajdowałam w sytuacji, w której byłam w pełni niezależna: z dobrze płatną pracą, czasem na realizowanie swoich pasji, życiem w dużym mieście i korzystaniem ze wszystkich uciech jakie to miasto oferowało.
Po wyjściu od lekarza wpadłam w histerię i dopiero mój - wtedy jeszcze - chłopak, przekonał mnie, że to nie jest żaden koniec, a dopiero początek. On ten egzamin zdał na 6+ i takiego wsparcia życzę każdej kobiecie, która znajdzie się w podobnej sytuacji. Dzięki niemu następnego dnia obudziłam się z wielkim uśmiechem na ustach i poczuciem, że nasze życie wskoczyło wreszcie na właściwe tory, a ta pięciotygodniowa istotka, która rośnie we mnie i za którą od tamtego momentu byłam odpowiedzialna, nada naszemu życiu nowego, nieznanego dotąd sensu.
Za kilka dni nasz syn skończy 5 miesięcy i codziennie nawzajem poznajemy się, ale także uczymy od siebie nowych rzeczy. Na jakiś czas zwolniliśmy tempo: celebrujemy każdy poranek, wprowadzamy rytuały do naszego życia, cieszymy się sobą. Pewnie zabrzmi to banalnie, ale ten mały człowieczek to najcudowniejsze, co nas w życiu spotkało. I gdy wieczorami snujemy sentymentalne wycieczki do tego poprzedniego, obfitującego w imprezy i inne hece życia, nie mamy wątpliwości, że za nic w świecie nie chcielibyśmy zmienić zaistniałego przebiegu wydarzeń ;)

Zostałam żoną

Małżeństwo nigdy nie było dla mnie celem samym w sobie. Znam wiele par, które od lat wiodą szczęśliwe życie w nieformalnych związkach, i równie dużo tych, które nie wytrwały, pomimo ślubowania sobie dozgonnej miłości. Ja sama przez lata upierałam się, że nie dla mnie takie szopki. Nawet jako mała dziewczynka nie fantazjowałam o białej sukience, a podczas podwórkowych ślubów najchętniej wcielałam się w rolę tej, która zna powód dla którego małżeństwo nie powinno zostać zawarte. Religijna też nie jestem, więc wizja smażenia się w piekle wywoływała na mojej twarzy co najwyżej grymas zaciekawienia. Wesele? Byliśmy na wielu i tak dobrze bawiliśmy się jako goście, że nie chcieliśmy psuć tych wspomnień organizacją własnego. Może jestem w błędzie, ale mam wrażenie, że nie da się tego zorganizować tak, by nikt się nie obraził. Poza tym tajemnicą poliszynela jest, że każdy ma w swojej rodzinie takiego wujka, którego nie wypada nie zaprosić, a z góry wiadomo, że jak już przyjdzie to będzie siara... . My mamy takich kilku... .
Co nas zatem skłoniło do podjęcia decyzji o ślubie? Względy praktyczne. Nie mieliśmy wątpliwości, że dziecko powinno mieć oboje rodziców na co dzień, a już wtedy mąż mieszkał i pracował w Niemczech. Podjęliśmy więc decyzję, że dołączę do niego jeszcze przed porodem, abyśmy mogli przeżyć go wspólnie i być razem od pierwszych dni naszego syna. Ślub załatwiał więc sprawę mojego ubezpieczenia, jak i wiele innych formalności. Jest łatwiej, korzystniej, ale też - czego się nie spodziewałam - trochę inaczej, doroślej jakby. Choć do tej pory zdarzają mi się wpadki i łapię się na nazywaniu męża moim chłopakiem ;)
A sam ślub był taki, jak chcieliśmy: cywilny, skromny, na luzie, a z racji mojego stanu nikt nawet nie śmiał narzucać mi swoich wizji.

Zostałam emigrantką

Temat przeprowadzki za granicę przerabiałam z mężem od kilku lat i był on powodem wielu naszych panieńsko-kawalerskich konfliktów. W Polsce miałam dobrze płatną i satysfakcjonującą pracę i nie widziałam sensu w emigracji, żeby pracować za może trochę lepsze pieniądze ale poniżej swoich kompetencji. Co innego mąż: on w polskiej rzeczywistości i biurokracji nie mógł się odnaleźć, i gdy czara goryczy się przelała rzucił wszystko i obrał nowy kurs - Niemcy. Decyzja ta przypadła na mityczny, kryzysowy, siódmy rok naszego związku, i nie wiem co miało większy wpływ, ale nie obyło się bez turbulencji, które na szczęście udało nam się przetrwać. Ta przymusowa separacja dała nam też szansę trochę za sobą zatęsknić i utwierdzić w przekonaniu, że jednak nie potrafimy żyć osobno.
Przez kolejne 2 lata żyliśmy na odległość, a ja twardo obstawałam przy decyzji, że nigdzie nie wyjeżdżam. A potem ... potem to już wiecie. Czy wyjechałabym, gdyby nie dziecko? Pewnie tak, bo to nie jedyny powód dla którego podjęłam taką decyzję. Choć na pewno wpadka wszystko przyspieszyła i ułatwiła. Nie ukrywam, że czasem jest mi ciężko, z daleka od rodziny, przyjaciół i pomocy, która nieraz przy dziecku by się przydała. Staram się jednak dojrzeć w tym jakąś szansę, znaleźć pomysł na siebie, na swoje dalsze życie. Zdobyć nowe kompetencje, nauczyć się języka, rozwinąć swoje pasje. Bardzo ważną lekcję mam już za sobą: poznałam siebie, swoje granice i możliwości i wyciągnęłam z tego wnioski. I myślę, że mogę być z siebie dumna, że to wszystko udźwignęłam.

Zostałam kurą domową

Krótko po maturze przypadek sprawił, że praca znalazła mnie, i tak już zostało. Przez 11 lat mojego dorosłego życia ani jeden dzień nie upłynął mi na bezrobociu. Na początku traktowałam ją jako dodatek, żeby dorobić sobie do studiów. Wraz z upływem czasu pracowałam więcej i więcej, aż w końcu okazało się, że pracą wypełnione jest całe moje życie, nawet to po godzinach. Dużo czasu minęło nim uświadomiłam sobie, w jak toksycznym położeniu się znalazłam, a kolejnych kilka miesięcy zanim dojrzałam do decyzji, że muszę coś zmienić. Nie będę zagłębiać się w szczegóły, bo wspomnienia dotyczące pracy wciąż przyprawiają mnie o kołatanie serca, ale najważniejsze, że w końcu odważyłam się rzucić to wszystko.
Wiadomość o ciąży spadła na mnie kilka dni po tym, jak skończyłam pracę na etacie, i kilka dni przed terminem, w którym miałam otwierać własną działalność. W tej sytuacji nie miało to sensu, musiałam wycofać się z wcześniejszych ustaleń i poszukać kompromisów. Założyłam sobie, że do końca 6 miesiąca chcę pracować, a później - adios, do niezobaczenia się, szefie niedobry! Wyjeżdżam na zachód, do lepszego świata!
Jak powiedziałam, tak też zrobiłam. Mimo sugestii męża, nie chciałam rezygnować z pracy od razu na początku ciąży, zwłaszcza że czułam się dobrze i ciężko było mi po tych wszystkich latach ocierania się o pracoholizm nagle wyrzucić kalendarz i nic nie musieć. Rola kury domowej z początku mnie przerażała, bo choć nigdy nie miałam ambicji by pretendować do jakichkolwiek tytułów, to jednak bliżej mi było do tej chujowej niż do perfekcyjnej pani domu. Jednak przeprowadzka i wicie wspólnego gniazda dały mi nowego kopa. Okazało się, że motywacja do ogólnie ujętego "dbania" o dom w moim przypadku rośnie wprost proporcjonalnie do ilości czasu spędzanego w nim, i odkąd nie pracuję na etacie nie mam problemu z piętrzącymi się obowiązkami domowymi, a kuchenne eksperymenty coraz rzadziej lądują w koszu na śmieci. Wcześniej dawałam 100% siebie w pracy, teraz energię tę pożytkuję w domu, a brak służbowego uniformu i szefa socjopaty znacząco wpłynął na moją wydajność.

Skończyłam 30 lat

To akurat zwykłe dzieło przypadku, a nie żadna moja zasługa, choć gdy analizuję poprzednie punkty to wniosek, że przypadki rządzą moim życiem, nasuwa się mimowolnie... . Choć jestem zwolenniczką hasła, że mamy tyle lat na ile się czujemy, to nie zmienia to faktu, że biologii się nie oszuka i codziennie budzimy się starsi. Zmiana cyferki z przodu była dla mnie niczym przekroczenie jakiejś granicy, szczególnie w kontekście wyżej opisanych wydarzeń. Doskonale pamiętam jak spławiałam swoich znajomych gdy ci chcieli się spotkać by świętować moje 29 urodziny: nieświadoma jeszcze swojego odmiennego stanu, winę za fatalne samopoczucie zwalałam na zimowe przesilenie jednocześnie obiecując im, że za rok moją "trzydziestkę" będziemy obchodzić hucznie. Tymczasem ostatnie, trzydzieste urodziny upłynęły mi leniwie, w kameralnym towarzystwie najbliższych mi osób: męża i syna, z głową pełną nowych pomysłów oraz poczuciem ogromnego wsparcia przy ich realizacji.

A dzisiaj?

Dzisiaj budzę się spokojna a poranki upływają mi leniwie. Z każdym kolejnym dniem życia mojego dziecka również w sobie na nowo odkrywam tę dziecięcą radość. Wpadka paradoksalnie poukładała moje życie i pozwoliła na złapanie oddechu, i choć teraz moja uwaga skupia się głównie na dziecku to czas spędzony z nim staram się również wykorzystać na swój osobisty rozwój, bo choć jeszcze do końca nie wiem, co chcę robić kiedy minie mi urlop macierzyński, to wiem na pewno czego robić nie chcę, a to już całkiem sporo.

Ufff ...


Nie jestem w stanie zliczyć, ile razy edytowałam ten post. Wykiełkował w mojej głowie wiele miesięcy temu i był jedną z inspiracji do założenia bloga. Miał być moim pierwszym postem, którym chciałam się z Wami przywitać, przedstawić, powiedzieć coś o sobie. Trochę czasu minęło, nim udało mi się okiełznać myśli i ubrać je w odpowiednie słowa, a przede wszystkim zdecydować, czy jestem gotowa na taki wirtualny ekshibicjonizm. I choć było już kilka okazji, przy których chciałam  go opublikować, to jednak początek nowego roku wydaje się być momentem ku temu najbardziej odpowiednim. A korzystając z okazji, że jest to mój pierwszy wpis w nowym roku, chciałabym Wam złożyć życzenia:

Życzę Wam, abyście również osiągnęli ten wewnętrzny spokój, aby otaczały Was osoby, które będą Was wspierać w każdej sytuacji, i aby uczucia Was otaczające były zawsze szczere!
Wspaniełego Nowego Roku!



czwartek, 29 grudnia 2016

Plakat botaniczny DIY

W dzisiejszym poście chciałabym Wam pokazać jak w ekspresowy sposób zmienić wygląd swojej ściany. Mój pomysł nie jest szczególnie innowacyjny, ale często właśnie na takie najtrudniej wpaść - wiem co mówię, sama przez kilka miesięcy poszukiwałam motywów botanicznych na swoją ścianę, jednak te, które mi się podobały, przekraczały możliwości mojego portfela. Olśniło mnie dopiero gdy już chciałam odpuścić.
Do stworzenia moich zielników wykorzystałam stare ramki z IKEA, które od przeprowadzki leżały bezużytecznie, a wykonanie całości zajęło mi 10 minut, z czego najdłużej zastanawiałam się nad rozplanowaniem poszczególnych elementów.

 

Na pomysł samodzielnego stworzenia zielników na ścianę wpadłam późną jesienią, kiedy wybór roślin na dworze był praktycznie żaden. Jednak bałam się, że do wiosny pomysł wyparuje mi z głowy, postanowiłam więc wykorzystać liście z bukietu, który dostałam od męża.




Pierwotna koncepcja była trochę inna, gdyż planowałam przykleić liście na szarym papierze. Jednak w trakcie pracy stwierdziłam, że białe tło prezentuje się o niebo lepiej. Oprócz tego okazało się, że pleksi jest bardzo mocno naelektryzowana, więc nie musiałam niczym przyklejać moich okazów :) 


Taki naścienny zielnik doskonale wpisuje się w uwielbiany przeze mnie we wnętrzach styl skandynawski. Poza tym niewielkim nakładem pracy można uzyskać na prawdę ciekawy efekt, a właśnie takie DIY są moim zdaniem najfajniejsze. Ja już wiem, że na pewno nie jest to ostateczna wersja, więc pozostaje mi czekać do wiosny, żeby zamknąć w ramkach trochę kolorów :)

________________________________________________________________________

Mój pomysł został wyróżniony przez Dominikę z bloga Bębenek i stopka w jej akcji #cudówTWÓRCY . Konkurencja jest spora, i bardzo mi miło że znalazłam się wśród tak utalentowanych dziewczyn, a będzie jeszcze milej jeśli poświęcicie chwilkę żeby oddać na mnie swój głos tutaj :)


czwartek, 17 listopada 2016

Fasolowe brownie

Od kilku już lat popularne, a nawet modne, są przepisy na "zdrowsze" wersje znanych słodkości, z wykorzystaniem nieoczywistych składników. Wśród moich znajomych ciasto marchewkowe nie wywołuje już najmniejszego zdziwienia, a nawet najwięksi sceptycy, z moim tatą włącznie, teraz ze smakiem zajadają się zielonym tortem szpinakowym, czy też czekoladowym ciastem buraczanym, kiedy zabieram ich do kawiarni serwujących takowe. Mimo to, kiedy sama podejmuję się pieczenia, wybieram raczej tradycyjne przepisy, pełne białej mąki i margaryny.

Przepis na to ciasto spadł mi z internetu w bardzo odpowiednim momencie, kiedy w mojej lodówce ważyły się losy otwartej dwa dni wcześniej puszki czerwonej fasoli. Potrzebowałam trochę do obiadu, a na wykorzystanie reszty nie miałam pomysłu, ani też specjalnej ochoty. Podjęciu decyzji sprzyjał fakt, że resztę składników miałam już w domu, więc nie pozostało mi nic innego, jak zaspokojenie mojej ochoty na "coś słodkiego" :)

Przepis na którym się wzorowałam znajdziecie tutaj, poniżej natomiast przedstawiam swoją, muffinkową wersję.


Składniki:
ok 600 g czerwonej fasoli z puszki ( jak wcześniej wspomniałam, miałam otwartą puszkę z której ok 1/4 zużyłam wcześniej, stąd ciężko podać mi dokładną ilość)
1/2 szklanki ksylitolu
2 czubate łyżki kakao
2 jajka
banan
płaska łyżka proszku do pieczenia
2 łyżki oleju

Wszystkie wymienione wyżej składniki zblendowałam na gładką masę, a następnie dodałam do niej posiekane orzechy włoskie, aby jeszcze bardziej upodobnić ciasto do tradycyjnego brownie. Blachę do pieczenia muffinek wypełniłam papilotkami. Piekłam przez 50 minut w temperaturze 180*. Podane składniki starczają na 10 muffinek.

Gdy wkładałam ciasto do piekarnika nie miałam pojęcia, co z niego wyjmę. Efekt końcowy pozytywnie mnie zaskoczył - konsystencją ciasto rzeczywiście przypominało brownie. Następnym razem jednak dodam mniej kakao, a trochę więcej banana.



środa, 19 października 2016

Spadające gwiazdy, czyli "Po co to kupiłam" #2

Dzisiejszy post miał trafić na bloga dwa miesiące temu, ale zamiast tego ja trafiłam ze skurczami do szpitala, a później się zaczęło: przewijanie, karmienie, przewijanie, tulenie, karmienie, przewijanie, ... . Nie żebym narzekała, tak tylko chciałam wytłumaczyć tę długą ciszę panującą na blogu. Ale już, już się prawie ogarnęłam, więc jest szansa, że będzie mnie tu trochę więcej i częściej :)

W jednym z postów  opublikowanych na krótko przed zostaniem mamą małego Antosia wspominałam, że przystępuję do akcji "Po co to kupiłam?!", która ma na celu uszczuplenie gromadzonych latami zapasów ubrań do przerobienia, materiałów kupionych "bo ładne", i innych skrawków tkanin. Po więcej szczegółów odsyłam do bloga sprawczyni wspomnianej akcji, Joanki-z, sama natomiast zapraszam Was do zapoznania się z moimi kolejnymi "uszytkami" :)

 źródło


Do dzieła!!! :)


1. Po co to kupiłam?
Materiał w gwiazdy to dość spora reszta jaka została mi po skróceniu zasłon zakupionych kiedyś w IKEI, natomiast widoczny na zdjęciu beżowy to surówka bawełniana, z której planowałam uszyć sobie eko torbę na zakupy. Niestety na ten cel okazała się za cienka.

2. Za ile i kiedy kupiłam?
Zasłony wypatrzyłam na dziale sprzedaży okazyjnej w IKEI i kosztowały 19 zł za komplet, czyli dwie zasłony o wymiarach 150x300 cm. Kiedy? Nie powiem dokładnie, ale na pewno kilka lat temu. Surówka natomiast to zakup stosunkowo świeży, ale ceny za nic sobie nie przypomnę.

3. Co z tego ostatecznie powstało?
I tutaj Was zaskoczę, gdyż ze wspomnianych materiałów uszyłam poduszkę do karmienia dla mojego męża!!! Teraz każde z nas ma swoją, i nie musimy się o nią kłócić ;)
A tak na serio, to polecam każdemu taką poduszkę, czy kupić, czy uszyć samemu, zarówno w ciąży jak i bez ciąży ;) Ja sama stałam się posiadaczką takowej w ostatnim miesiącu ciąży, i choć do karmienia użyłam jej może ze 3 razy, to jest to najwygodniejsza poduszka na jakiej kiedykolwiek spałam. Mąż jest tego samego zdania, i często gdy kładłam się spać później niż on musiałam zmierzyć się z faktem, że moja poduszka została brutalnie przejęta, stąd pomysł na uszycie drugiej.
Wykrój przygotowałam na podstawie oryginalnej poduszki, ale nie jest to nic skomplikowanego.  


Środek uszyłam z surówki, a do wypełnienia wykorzystałam stare, sflaczałe poduszki. Natomiast poszewka to właśnie zasłony w gwiazdki :) 


Dzisiaj znalazłam chwilę czasu i zrobiłam porządek w moich boxach z materiałami. Wciąż jest tego całkiem sporo. Na szczęście podczas porządkowania w mojej głowie wykiełkowało kilka nowych pomysłów, więc niedługo na pewno pojawi się kolejny post z serii "Po co to kupiłam?!"
Do zobaczenia!!!